![]() Przed rozpoczęciem lektury spodziewałem się fabuły iście z katastroficznego filmu. Ziemi grozi kolizja z rozpędzonym rojem andromed odkrytym przez jednego z głownych bohaterów Benona Haywicka. Astronom wraz z dwoma informatykami, genetyczką i kobietą mającą wpływy w siłach zbrojnych i nie tylko postanawia zabezpieczyć ludzką przyszłość. Katastrofa ma jednak wymiar całkowicie przyszłościowy, grozi dopiero kolejnym pokoleniom. Najbardziej podobał mi się sam styl autora, który już od dawna przyciąga mnie do jego książek, fabuła pomimo tego że jest bardzo porozrzucana jak dla mnie dosyć strawna. Podczas czytania miałem wrażenie jakby autor skakał z kwiatka na kwiatek nieustannie rozpoczynając nowy wątek. Jeśli potraktujemy tę książkę jako zbiór opowiadań, czyta się naprawdę bardzo przyjemnie, niestety jako powieść słabo spełnia swoje zadanie. Najsłabszym punktem tej książki jest zakończenie, które słabo zaskakuje, nie trzyma w napięciu, jest nijakie . Bardzo wyraźnie można wyczuć że Andrzej Zimniak pisał te powiesc dosyć długi okres czasu, podejrzewam że pomiędzy początkiem, a końcem zrobił sobie długą kilkumiesięczną przerwę która nie podziałała korzystnie. Odpowiedź autora: ''Kiedyś na jakimś spotkaniu autorskim w szkole podstawowej uczniowie pytali mnie, co jem na śniadanie, i co robię po drugim. Hmm, na to da się jeszcze jakoś odpowiedzieć, podobnie jak na zapytanie o liczbę plam na Słońcu (rzecz jasna po drugiej stronie). Noo, Jaskier sprytna bestyja, wprost pytań nie stawia, ale... W sumie jednak może i dobrze że zadał mi temat, bo już ze dwa razy zarzucano mi skakanie z kwiatka na kwiatek, a jeden facio to całkiem się biedak nie mógł połapać, czy aby wciąż czyta tę samą książkę. Więc już się tłumaczę. Otóż, moi mili, zupełnie świadomie wybrałem taki chwyt warsztatowy, coś w rodzaju wywoływania obrazu, na którym najpierw pojawiają się jedne szczegóły, a potem w innych miejscach inne. Nie mąciłem już w powieści z tasowaniem chronologii, bo rzecz mogłaby zrobić się całkiem niestrawna dla wielu fantastycznych czytaczy, ale grzecznie wędrując wzdłuż osi czasu skakałem za to po różnych miejscach istotnych dla fabuły. Problem w tym, że czytelnik powinien z grubsza pamiętać treść poprzednich rozdziałów - wtedy wszystkie wątki ładnie się domykają. Tych, którzy zostali na zakrętach, najsolenniej przepraszam, ale mimo wszystko nadal będę pisał nienajłatwiejszą prozę - dla tych, którym się taka podoba. To prawda, że piszę powoli, mam wiele innych obowiązków - ale ów fakt nigdy nie wpłynął na konstrukcję moich utworów. Wielowątkowość i wspomniany rozstrzał fabularny nie stąd więc się wzięły, żem zdążył zapomnieć poprzedni akapit, a z zamysłu i premedytacji. Co do zakończenia, to jednym się podoba, innym nie. Recenzent wewnętrzny z WL-u bardzo chwalił, ale to tylko opinia mola książkowego, a nie zdrowy vox populi. Ogólnie jeden lubi ogórki, a drugi sołtysa córki, i nie ma o co się sprzeczać. Więc po co odpisuję? Po pierwsze: obiecałem od czasu do czasu się odzywać. Po drugie, trzecie i czwarte: geneza pewnych cech mojego tekstu została odautorsko wyjaśniona. Za co z pewnością srodze odpokutuję w pisarskim czyśćcu.'' http://www.zaginiona-biblioteka.pl/viewtopic.php?t=774 Name:
Komentarze: 29.03.2009, 00:27 :: 81.219.42.147 28.03.2009, 22:39 :: 83.22.185.226 |